CZYTACZ PISZE 55
Kobieta jest jak otwarta księga. Tyle, że napisana
po chińsku i o mechanice kwantowej
Joe Monster
Trudno było mi zrozumieć włoskie kobiety, gdy nie tak dawno czytałem tetralogię Elleny Ferrante „Genialna przyjaciółka”. Teraz po przeczytaniu pięknej (smutnej?), książki Jamesa Mitchenera „Sayonara” jestem w podobnej rozterce. I nie chodzi tutaj jedynie o kobiety, ale o wielkie różnice kulturowe. Bo każdy przyzna, że między Amerykanami a Japończykami z ich mentalnością postrzegania świata i rytualnym postępowaniu, jest przepaść.
Sayonara to słowo w którym zawiera się smutek i ostateczność. Nie jest to słowo, które oznacza do widzenia czy żegnaj, ale ostateczne rozstanie - na zawsze.
Michener – mistrz powieści historycznych napisał romans – genialną opowieść o miłości w czasie wojny. Połączył opowiedzenie historii wojennej z wrażliwością człowieka, który w tej wojnie uczestniczy. Jest to wojna bardziej dyplomatyczna niż krwawa.
Przez pewien czas po II Wojnie Światowej Amerykanie częściowo okupowali Japonię. Nie trzeba tłumaczyć jak społeczeństwo traktuje okupanta.
Stacjonujący na Dalekim Wschodzie major Lloyd Gruver uważa się za szczęściarza, który wbrew wszelkim przeciwnościom, z wzajemnością zakochuje się w fascynującej, pięknej Japonce – Hana-ogi. Jest on jednak zaręczony z córką generała i może w przyszłości liczyć na wielką karierę. Czuje się jednak sterowany przez narzeczoną i jej rodziców. Jest ciągle kontrolowany przez nich.
Istniał wówczas protokół wydany przez rząd USA mówiący, że żołnierz, który poślubi Japonkę traci wszelkie amerykańskie prawa obywatela i nie może jej sprowadzić do Stanów.
Gruver nie rozumie swojego przyjaciela, który żeni się z miejscową dziewczyną. Ale potem spotyka Hanę-ogi i nic już się dla niego nie liczy… tylko ona.
Jest tu także „druga strona medalu”. Hana-ogi jest znaną w całej Japonii aktorką słynnego teatru Takarazuka i tradycja zakazuje jej jakichkolwiek randek lub zamążpójścia.
Kochankowie jednak nie są w stanie rozstać się. Ignorują wszelkie przeciwności losu i w desperacji planują swoją przyszłość.
A co dalej? Wiele się dzieje i sytuacje stają się tragiczne.
To, co dało mi do myślenia gdy czytałem, to była przede wszystkim niechęć niektórych postaci książki do obcych kulturowo narodów – jakby byli oni wybranym narodem. Myślałem, że są to postawy rasistowskie. Takie zachowania były obecne w USA nie tylko do czarnoskórych, ale też do Latynosów czy Azjatów (i czy nadal są?). Jednakże nie o to chodzi w tej romantycznej historii. W opisanym kręgu postaci największą rolę odegrał status społeczny.
Trzeba było tragedii aby rząd Stanów Zjednoczonych zezwolił na małżeństwo bez względu na kolor skóry, wyznanie czy pochodzenie.
Pomimo, że książka została napisana ponad siedemdziesiąt lat temu – i sfilmowana – daje dużo do przemyślenia. Lecz ciągle ma się wrażenie, że nic się nie zmieniło.
NAPISAŁ CZYTACZ

